FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy   Galerie    Rejestracja   Profil   Zaloguj 
Forum www.swiatciekawostek.fora.pl Strona Główna
Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości



 
Nowy Temat   Odpowiedz OPOWIADANIA OBECNIE PISANE / ROMANSE/ DRAMATY <- Forum www.swiatciekawostek.fora.pl Strona Główna
Autor Wiadomość
CzarnaLilia
Początkujacy
Początkujacy



Dołączył: 30 Sty 2012
Posty: 38
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kroczyce
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 20:35, 26 Lis 2015 Powrót do góry


Ten dzień zaczął się naprawdę paskudnie. Rano wylałam kawę na moje ulubione spodnie, potem karty odmówiły posłuszeństwa skrywają przede mną przyszłość, a jeszcze później ktoś przeklął moje kwiaty. Gdyby nie to że jestem czarownicą, uznałabym to za pech. Ale dziś nie był piątek trzynastego, nikt nie wysypał soli, zbił lustra, ani przeszedł pod drabiną. A to mogło oznaczać tylko jedno…
- Sol! – wrzasnęłam wchodząc do salonu. Byłam naprawdę wściekła i nie omieszkałam tego pokazać dziewczynie, która stanęła przede mną.
- Czego chcesz, wiedźmo? – zapytała piłując paznokcie. Co za bezczelność.
- Dotykałaś moich kart. Znowu. Ile razy mam ci powtarzać abyś nie ruszała moich rzeczy? – powiedziałam, splatając ręce na piersi, aby ich czasem nie użyć do wydrapania oczu mojej, pożal się boże szwagierce.
- Myślałam, że dowiem się z nich czegoś ciekawego, a tymczasem to tylko twoje zwykłe sztuczki. Myślisz, że nie wiem? Mnóstwo razy widziałam jak oszukujesz ludzi przepowiadając im ich tak zwaną „ przyszłość”. Ale przyznaj się, to zwykłe bujdy, to co im wciskasz – odpowiedziała blondynka z wyższością.
- Nic ci do tego. Zarabiam na życie jak potrafię, dzięki temu między innymi masz na te swoje salony piękności i fryzjerów – warknęłam wyniośle.
- Gdybyś przygotowała dla mnie ten krem którego używasz, nie musiałabym wydawać tyle pieniędzy – odburknęła.
- Glamaria nie jest dla ciebie. I pogódź się z tym wreszcie. Dla swojego dobra lepiej trzymaj ręce z dala od moich rzeczy – dodałam już nieco spokojniej. Czasami naprawdę żałowałam, że mój brat zaręczył się z taką kobietą. Z całej naszej rodziny tylko ja odziedziczyłam dar przepowiadania przyszłości po naszej praprababce. Magia naprawdę była rzadkością w tych czasach. Niewielu mogło poszczycić się posiadaniem choćby cząstki daru który mam ja. Ale wielu chciało uchodzić za wybrańców, dlatego na ulicach było tylu przebierańców.
- A może ty przepowiesz mi przyszłość z kart? – Sol spojrzała na mnie z nadzieją.
- Dlaczego miałabym to zrobić? Czy Madame Zara już ci nie odpowiada? O ile mnie pamięć nie myli, to całkiem niedawno sama wykrzyczałaś mi w twarz, że ta twoja wieszczka jest sto razy lepsza ode mnie. – odpowiedziałam lekko zdziwiona.
- Czyli to faktycznie prawda. Nie znasz się na tym co usiłujesz robić i oszukujesz ludzi którzy przychodzą do ciebie po wróżbę. Wiedziałam! – zawołała triumfalnie Sol.
- Nie bądź śmieszna dziewczyno – pokręciłam głową i usiadłam na fotelu. Obie odwróciłyśmy głowę w stronę drzwi, które właśnie się otwarły.
- Witam moje piękne panie, jak wam miną dzień? – mój brat Dean przywitał nas z uśmiechem, a ta niewdzięcznica Sol rzuciła mu się na szyję.
- Czy mógłbyś powiedzieć swojej dziewczynie, aby nie ruszała moich rzeczy. Byłabym ci niezmiernie wdzięczna – powiedziałam posyłając bratu wymuszony uśmiech.
- Sol, czy Beth mówi prawdę? Przecież tyle razy prosiłem cię abyś zostawiła ją w spokoju. Nie zapominaj, że to jej dom i mamy szczęście, że pozwala nam tu mieszkać – powiedział Dean poważnym tonem.
- Kochanie, przyznaj lepiej, że mieszkamy z nią, aby nie została nazwana starą panną – prychnęła Sol. I znowu, zaczyna się to samo.
- Wiesz co, jak ci się nie podoba, że masz dach nad głową, to możesz się wynieść. Nie potrzebuję lokatorów, którzy nie docenią tego co im ofiarowuję – powiedziałam wstając ze swojego miejsca.
- Proszę bardzo, Dean wynosimy się stąd – odpowiedziała Sol patrząc na mnie z dołu. Nie ma to jak być wysokim.
- Kochana, ja mówiłam o tobie. Dean zostaje na miejscu – warknęłam mrużąc przy tym oczy.
- Ani mi się śni go tu zostawiać! – krzyknęła wściekle.
- Więc zostań tu razem z nim, ale znajdź sobie jakąś pracę i wreszcie się czymś zajmij! – odparowałam, totalnie wyprowadzona z równowagi.
- Już to zrobiłam i zarobiłam nawet pierwsze pieniądze, ale nic ci do tego. – odpowiedziała i wyszła z salonu.
- Beth, przepraszam za nią – powiedział Dean, kładąc rękę na moim ramieniu.
- Nie musisz przepraszać, to ja straciłam panowanie – odpowiedziałam uśmiechając się krzywo do brata. Gdyby patrzyła na to z boku ktoś obcy, z pewnością uznałby nasze kłótnie za dziwne. Ale sama muszę przyznać, nic w tym dziwnego. Niemal codziennie kłócę się z narzeczoną brata i dokładnie o to samo zawsze idzie. Potem albo ona albo ja wychodzimy z salonu i kłótnia zostaje zawieszona na następny dzień. Możecie mi wierzyć lub nie, ale obie świetnie się przy tym bawimy. Ponadto dzięki tym naszym docinkom, każda z nas zażywa swojej porcji adrenaliny i poszarpanych nerwów, dzięki czemu przez resztę dnia i nocy jesteśmy niebywale spokojne.



=======================================
Prolog wstawiam dzisiaj, obsadę i pierwszy rozdział już jutro ;*
Postaram się napisać to opowiadanie tak jak sobie wymyśliłam i doprowadzę je tym razem do końca. Dedykacja oczywiście w całości dla Anety oraz Ewy ponieważ bez nich nie odważyłabym się pokazać tego opka komukolwiek ;* ;* ;*
Serdecznie dziękuję Ewie za cudowny nagłówek. Kochana, bardzo profesjonalna robota ;*


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez CzarnaLilia dnia Czw 21:25, 14 Sty 2016, w całości zmieniany 10 razy
Zobacz profil autora
anetta418
Administrator
Administrator



Dołączył: 04 Paź 2010
Posty: 908
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 21:01, 26 Lis 2015 Powrót do góry

To że czytam to Ty wiesz. Mam jednak takie skromne pytanie czy jakaś obsada to będzie? Co do komentowania to postaram się w miarę możliwości coś naskrobać. Smile Za dedykację dziękuję i liczę, że nie zamkniesz tego opowiadania w połowie.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
CzarnaLilia
Początkujacy
Początkujacy



Dołączył: 30 Sty 2012
Posty: 38
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kroczyce
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 21:05, 26 Lis 2015 Powrót do góry

Oczywiście, że obsada będzie. Muszę tylko znaleźć odpowiednie zdjęcia no i oczywiście naskrobać jakąś krótką charakterystykę poszczególnych postaci. Ale spokojnie, jutro jak wrócę od dentysty, zacznę działać. ;*


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
anetta418
Administrator
Administrator



Dołączył: 04 Paź 2010
Posty: 908
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 21:41, 26 Lis 2015 Powrót do góry

CzarnaLilia napisał:
Oczywiście, że obsada będzie. Muszę tylko znaleźć odpowiednie zdjęcia no i oczywiście naskrobać jakąś krótką charakterystykę poszczególnych postaci. Ale spokojnie, jutro jak wrócę od dentysty, zacznę działać. ;*


No to czekam Smile


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
CzarnaLilia
Początkujacy
Początkujacy



Dołączył: 30 Sty 2012
Posty: 38
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kroczyce
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 21:57, 26 Lis 2015 Powrót do góry

Tak, wiem Smile I nigdzie nie zniknę, a jeśli już, to wiesz jak mnie znaleźć Razz


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
CamilaDarien
Początkujacy
Początkujacy



Dołączył: 03 Lut 2012
Posty: 32
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Cieszyn
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 22:52, 26 Lis 2015 Powrót do góry

Ja też melduję, że czytam Very Happy I dziękuję za dedyk Very Happy


Post został pochwalony 1 raz
Zobacz profil autora
CzarnaLilia
Początkujacy
Początkujacy



Dołączył: 30 Sty 2012
Posty: 38
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kroczyce
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 14:53, 27 Lis 2015 Powrót do góry

A oto i opis postaci. Rozdział wieczorem ;*


Elizabeth Bennett – Ma dwadzieścia lat. Przez większą część swojego życia siedziała w domu więc jest do niego bardzo przywiązana. Ma starszego o cztery lata brata, który się nią opiekuje. (Według Beth nawet za bardzo)Skończyła szkołę dla wybitnie uzdolnionych i to z wyróżnieniem. Posiada swój własny gabinet w którym wróży za pieniądze pod pseudonimem „ Lady Ava”. Od biedy potrafi też wygnać ducha lub rzucić urok. Jest uzależniona od herbaty, chociaż się do tego nie przyznaje.


Nicolas Ravel Ma dwadzieścia cztery lata, więc jest w wieku Dean’a. Wierzy w magię. Z zawodu jest szefem, zna się na zarządzaniu i marketingu. Bezgranicznie ufa słowom wróżki do której chodzi od jakiegoś czasu. Jest bardzo popularny wśród kobiet, ale szuka tej jedynej. Jest grzecznym i miłym facetem, a przy tym bardzo upartym.


Dean Bennett – Ma dwadzieścia cztery lata i przejął obowiązki swoich rodziców w opiekowaniu się siostrą. Niby się do tego nie przyznaje, ale kocha ją bezgranicznie i dlatego chce, aby Beth przeprowadziła się do jego nowego domu, gdy on weźmie ślub z Sol. Od początku wie o zdolnościach swojej siostry i mimo iż udaje wyluzowanego, to w ukryciu obgryza paznokcie ze strachu gdy ta Idze się bić z siłami nieczystymi.


Sol Madeletto – Przyszła żona Dean’a. Ma dwadzieścia trzy lata, jest typową blondynką. Najważniejsze są dla niej salony kosmetyczne, które odwiedza oraz jej perfekcyjny wygląd. Nie za bardzo lubi siostrę swojego narzeczonego. Chociaż przed nim gra swoją sympatię do Beth. Ilekroć tylko zostają w domu we dwie, można spodziewać się wojny. W głębi duszy Sol zazdrości Beth relacji z Dean'em, gdyż wie, że siostra jest dla niego najważniejsza. Nienawidzi Bianki.


Bianka Silva – Najlepsza przyjaciółka Beth od dzieciństwa. Jest w tym samym wieku co ona. Skrycie podkochuje się w bracie najlepszej przyjaciółki. Nie znosi Sol, stara się traktować ją jak powietrze. Bardzo dobra w rzucaniu klątw i w magii praktycznej. Nie ma kwalifikacji na wróżkę tak jak Beth, ale za to potrafi uwarzyć świetny eliksir miłosny.


Ines Blanco - Znana bardziej jako „ Madame Zara”. Ma dwadzieścia sześć lat i jest wróżką, skończyła tą samą szkołę co Beth, ale bez wyróżnienia. Z początku uważa Elizabeth za konkurencję i rozpuszcza o niej plotki. Z czasem jednak przekonuje się iż myliła się w stosunku do niej i zaprzyjaźnia się z nią. Jej specjalnością jest rzucanie uroków i klątw. Nie szuka miłości bo twierdzi, że to uczucie tylko mąci w głowie, a czarownica powinna mieć w głowie poukładane.


Megan Ravel – Ma dwadzieścia lat i jest młodszą siostrą Nico. Uwielbia swojego starszego brata i z całej swojej rodziny akurat jemu ufa najbardziej. Meg jest osobą dość twardo stąpającą po ziemi, nie wierzy w żadne wróżby tak jak jej brat. Niemal od razu nawiązuje kontakt z dziewczyną swojego brata, która staje się dla niej jak wymarzona siostra, z którą nadaje na tych samych falach.


Seth Sullivan – Dawny kolega Beth ze szkoły. Ma dwadzieścia jeden lat, ale nie ma żadnych specjalnych zdolności. Poszedł do specjalnej szkoły tylko po to, aby poznać ludzi i pozyskać znajomości, które miały przydać mu się w przyszłości. Jest właścicielem firmy reklamowej. Przeprowadza się do dzielnicy w której mieszkają Bennettowie w celu zdobycia potężnej czarownicy. Planuje ożenić się z Elizabeth.


Ayden Cross – Ma dwadzieścia siedem lat, przeprowadził się do dzielnicy Five Points po namowach siostry, która zostawiła mu dom. Nieświadomie staje się sąsiadem panny Bennett. Ayden przez całe swoje życie stara się żyć zgodnie z planem, który napisał w dzieciństwie. Korzysta z życia pełnymi garściami. Sam jeszcze nie wie, że spotka w swoim życiu kobietę o której naprawdę trudno mu będzie zapomnieć.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez CzarnaLilia dnia Sob 22:28, 28 Lis 2015, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
CamilaDarien
Początkujacy
Początkujacy



Dołączył: 03 Lut 2012
Posty: 32
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Cieszyn
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 15:28, 27 Lis 2015 Powrót do góry

Opis postaci super Very Happy Czekam na odcinek Very Happy


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
CzarnaLilia
Początkujacy
Początkujacy



Dołączył: 30 Sty 2012
Posty: 38
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kroczyce
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 20:23, 27 Lis 2015 Powrót do góry

Rozdział 1
Dlaczego nie warto zadzierać z wiedźmą


- Dean, mówię po raz ostatni, moja odpowiedź brzmi: nie – powiedziałam stanowczo, upijając łyk mocnej herbaty z mojej ulubionej filiżanki w niebieskie stokrotki.
- Ale Beth, dlaczego? – zapytał już po raz setny mój brat. Czasami zastanawiam się czy go nie podrzucili inni ludzie, bo jest strasznie niekumany. Z tysiąc razy mu już to powtarzałam, a tu dalej nie dociera.
- Tłumaczę ci to już po raz tysiąc pierwszy, nie wprowadzę się do was po ślubie bo mam swój własny dom i to właśnie w nim zostanę. Koniec tematu – odpowiedziałam ostro.
- Beth… - zaczął Dean, ale przerwałam mu jednym machnięciem dłoni.
- Na nic zdadzą się twoje prośby i błagania. Nie dam się przekonać w żaden sposób – warknęłam, powoli tracąc już cierpliwość.
- Beth podaj mi chodź jeden powód – nie dawał za wygraną Dean
- Jeden powód? Proszę bardzo. Dean mam już dwadzieścia lat, chyba czas przestać trzymać się kurczowo nogawki twoich spodni i wyjść do świata. Jeśli mam żyć normalnie, muszę narobić własnych błędów aby przekonać się samej co jest dla mnie dobre. Nie zrobię tego jeśli cały czas będę żyła pod kloszem, którym próbujesz mnie chronić. Rozumiem, że jesteś moim starszym bratem, ale musisz teraz poświęcić swoją uwagę Sol. W końcu niedługo macie zamiar się pobrać – odparowałam, mając nadzieję, że przemówiłam mu do rozsądku. Przez chwilę w pokoju nastała cisza, gdy Dean analizował to co powiedziałam. Wiedziałam, że nie będzie mógł pogodzić się z tym, że mam rację. A ja doskonale wiedziałam, że ją mam. Właśnie otwierał usta aby coś powiedzieć, ale niespodziewanie przerwał mu dzwonek do drzwi. Odstawiłam filiżankę na spodeczek, na stoliku stojącym przy fotelu i wstałam z mojego miejsca. Podeszłam do drzwi i otworzyłam je. Na naszym ganku stał mężczyzna. Był wysoki i dobrze zbudowany. Jego oczy posłały mi zainteresowane spojrzenie, natomiast pełne usta ułożyły się w uprzejmym uśmiechu. Ubrany był w jeansy, jasnoniebieską koszulkę i czarną, skórzaną kurtkę.
- Akwizytorom dziękujemy – powiedziałam zanim zdążył się odezwać i już miałam zamknąć mu drzwi przed nosem, gdy jego ręka wystrzeliła do przodu, powstrzymując mnie przed tą czynnością.
- Nie jestem akwizytorem panienko, jestem umówiony z Lady Avą – odpowiedział swoim seksownym głosem z lekkim, francuskim akcentem.
- Lady Ava nie przyjmuje dziś klientów – odpowiedziałam z godnością i zamknęłam temu typkowi drzwi przed nosem. Zanim jednak zdążyłam zrobić krok w stronę salonu, dzwonek zadzwonił ponownie. Otworzyłam drzwi, przygotowując się do ciężkiego mordobicia.
- Byłem umówiony z Lady Avą na wtorek, dwunastego na godzinę osiemnastą trzydzieści – powiedział blond włosy łamacz niewieścich serc.
- A ja mogę szczerze panu powiedzieć, że mnie to w ogóle nie interesuje bo Lady Ava ma dzisiaj wolne i nie przyjmuje żadnych klientów – odpowiedziałam z nutą złośliwej satysfakcji.
- W takim razie proszę o zwrot moich pieniędzy, które Lady Ava skasowała przy ostatniej wizycie – odpowiedział bezczelnie.
- Niech pan pokaże rachunek, bo na słowo panu nie uwierzę, z resztą pierwszy raz pana na oczy widzę. Skąd mam wiedzieć czy nie jest pan oszustem? – odpowiedziałam równie bezczelnie.
- No wie pani co, jestem uczciwym klientem – odpowiedział oburzony, wyciągając z kieszeni rachunek. Obejrzałam świstek, niby wszystko się zgadzało. Chociaż chwila, data i podpis mi nie pasowały.
- Jest pan pewien , że Lady Ava wróżyła panu w zeszły piątek? – zapytałam patrząc ze zdziwieniem na klienta.
- Tak, jestem na sto procent pewny, zapłaciłem nawet za następną wizytę co z resztą widać na rachunku – odpowiedział mężczyzna.
- Proszę wejść, zaraz spróbujemy to wyjaśnić - odpowiedziałam wpuszczając blondyna do środka.
Cholera, z tego co pamiętam w piątek od rana do późnego popołudnia byłam na targu robiąc zakupy, Dean był w pracy a w domu była tylko…
- Sol!!!! – wrzasnęłam zdając sobie sprawę co się stało.
- Jezu, co się dzieje? O… witam panie Ravel – powiedziała ta blond kretynka zbiegając ze schodów.
- Dobry wieczór Lady Avo, jestem tak jak się umówiliśmy ostatnio – blondas uśmiechnął się do Sol.
- Chwila moment, nie dość że ukradłaś moje karty, nie zaprzeczaj bo wiem, że to ty, to jeszcze podszyłaś się pode mnie? Jak ci nie wstyd?! Mieszkasz pod moim dachem, kradniesz moje rzeczy to teraz jeszcze to. Przysięgam na miłość do mojego brata, że zmienię cię w ropuchę!!! – wrzasnęłam na dziewczynę, która spuściła wzrok udając skruszoną.
- Ja… ja chciałam ci tylko pomóc, nie wiedziałam, że robię coś złego – powiedziała cicho uciekając przed moim karcącym, wściekłym spojrzeniem.
- Coś złego?! Wyłudziłaś pieniądze od tego nieszczęśnika i masz jeszcze czelność twierdzić, że nie wiedziałaś iż to coś złego? Och doprawdy nie wiem co mam ci zrobić, żebyś w końcu zaczęła myśleć. – warknęłam kręcąc głową.
- Drogie panie, czy któraś z was powie mi co się tu dzieje? – moją tyradę przerwał szanowny pan Ravel.
- Zaraz to panu wyjaśnię. Sol, z których kart korzystałaś przy wróżeniu temu człowiekowi? – powiedziałam patrząc na przyszłą, chociaż już wątpię, szwagierkę.
- Z czerwonym spodem – wyszeptała Sol.
- CO?!!!!!!- wrzasnęłam i o mało nie trzasnęłam jej w twarz.
- Ile razy do cholery mam ci powtarzać żebyś ich nie brała. Myślisz, że trzymam je poza twoim zasięgiem po to, żeby zrobić ci na złość? Te karty są przeklęte. Używam ich tylko w przypadkach beznadziejnych przy opętaniu. Wiesz coś ty zrobiła?! – krzyknęłam łapiąc się za głowę.
- N… Ni.. Niee – jęknęła Sol.
- No jasne, skąd miałabyś wiedzieć. Sprowadziłaś na tego nieszczęśnika klątwę, a , że zapewne nie był on twoim jedynym klientem to na całą resztę też ją sprowadziłaś, głupia dziewucho. Wieki mi zajmie zanim wszystkich odnajdę i zdejmę zaklęcie, o ile już nie jest za późno więc lepiej się módl. – powiedziałam głosem zimnym jak lód.
- A pan… pan ma naprawdę wielkie szczęście, że przyszedł pan właśnie dzisiaj. Jak pan zdążył się już domyślić to ja jestem Lady Ava, a ta dziewczyna tylko świetnie się bawiła zaklętymi kartami. Proszę iść za mną na górę. Spróbuję zdjąć z pana to fatum, które nad panem ciąży – powiedziałam i ruszyłam na górę do mojego pokoju w którym przyjmowałam klientów. Poczekałam aż blondyn usiądzie naprzeciwko stolika ze szklaną kulą i talią kart tarota. Sprawdziłam jego aurę i z ulgą stwierdziłam, że zaklęcie nie zdołało jeszcze w pełni się rozwinąć. Bez słowa podeszłam do półki pod oknem. Wyjęłam z niej czarny, satynowy woreczek i zaczęłam wsypywać do niego odpowiednie zioła, mrucząc pod nosem słowa zaklęcia ochronnego. Kiedy skończyłam, wręczyłam blondynowi woreczek.
- Proszę go nosić przy sobie wszędzie przez następne półtora tygodnia, a następnie pójść do lasu i zakopać ten woreczek pod świerkiem o równej dwunastej w południe. Potem proszę przyjść do mnie, sprawdzę czy zaklęcie działa jak należy – powiedziałam. Mężczyzna wziął woreczek i przez przypadek nasze palce na sekundę się zetknęły. Ta jedna sekunda wystarczyła, aby nawiedziła mnie wizja. Nicolas Ravel trzymał w ramionach śpiącą, dwumiesięczną dziewczynkę, natomiast trzyletni chłopiec biegał wokół jego nóg. Matka dzieci stała przy oknie i uśmiechała się do nich. Nicolas podszedł z córką do kobiety i pocałował ją czule, mówiąc cicho słowa podzięki.
Wizja rozmyła się, a mężczyzna, który jeszcze nie wiedział nic o swojej przyszłości stał przede mną, ze zmartwioną miną.
- Coś się stało? Jest pani bardzo blada – powiedział zaniepokojony. Spojrzałam na niego i potrząsnęłam głową, pozbywając się resztek wizji.
- Nie, nic mi nie jest, po prostu zobaczyłam coś, co mnie bardzo zaskoczyło – wyjaśniłam strząsając z siebie ramiona Nicolasa. Usiadłam po drugiej stronie stolika na fotelu.
- Jeśli jeszcze chce pan skorzystać z pańskiego wróżenia, to teraz jest okazja. Zapewniam, że jestem prawdziwą Lady Avą – powiedziałam spokojnie, przybierając moją firmową postać.
- Skoro tak jest, to będzie mi niezmiernie miło. – odpowiedział mężczyzna, siadając znów naprzeciwko mnie.
- Mam powróżyć panu z kuli czy z kart? Te nie są przeklęte – powiedziałam cicho.
- A z czego jest pani najlepiej wróżyć? – zapytał dziecinnie.
- Przyszłość nie ma przede mną tajemnic. Poznam ją z czego kol wiek. Ale jeśli nie chce pan kart ani kuli, proszę podać mi rękę – powiedziałam wyciągając do niego swoje. Blondyn przez chwilę się zawahał, ale podał mi swoją dłoń.
- Hmm… czeka pana bardzo miły miesiąc. Za tydzień zawrze pan bardzo korzystną dla pana transakcję. Musi pan jednak uważać na swojego wspólnika, spróbuje pana wykorzystać i zgarnąć wszystko dla siebie. W życiu towarzyskim również sporo się zmieni. Kobiety wręcz oszaleją na pana punkcie i nie będzie pan mógł się od nich opędzić. Proszę jednak wybrać swoją partnerkę z rozwagą ponieważ nie każda będzie działać w porywie uczuć. Większość z nich przyciągną pańskie pieniądze. Dodatkowo stanie się pan sławny więc proszę uważać dwakroć na to co pan mówi i w jakim towarzystwie pan to robi. – powiedziałam podnosząc wzrok na jego twarz.
- Trapi pana jednak coś jeszcze oprócz przyszłości, mam rację? – powiedziałam puszczając jego dłoń.
- Zastanawiam się tylko jakie Lady Ava ukrywa imię? – odpowiedział uśmiechając się do mnie uwodzicielsko.
- No cóż, nie chce mi pan powiedzieć co tak naprawdę pana gryzie, to nie. Nie będę wnikać – powiedziałam wstając z mojego miejsca. On również się podniósł i kiedy obok niego przechodziłam, złapał mnie, więżąc w swoich ramionach.
- Niech pani zdradzi mi swoje prawdziwe imię, tylko o to proszę – powiedział patrząc mi głęboko w oczy.
- Prawdziwa wróżka nigdy nie zdradza klientom swojego imienia – odpowiedziałam spokojnie.
- A jeśli prawdziwa wróżka otrzyma zaproszenie na kolację w podzięce za uratowanie od klątwy? – zapytał
- To będzie musiała odmówić, poza tym jeszcze nie do końca jest pan wolny od klątwy więc nie ma za co dziękować – odpowiedziałam poważnym tonem.
- Lady Avo, proszę tylko o twoje prawdziwe imię, czy to tak wiele? Z resztą, mam na imię Nicolas – powiedział przymilnie.
- Wiem – odpowiedziałam kwaśno
- Skąd? – zapytał zdziwiony
- Jestem jasnowidzem czy nie? Poza tym podpisał się pan imiennie na paragonie – odpowiedziałam i uwolniłam się z jego ramion. Oboje wyszliśmy z mojego pokoju i zeszliśmy schodami na dół. Odprowadziłam mężczyznę do drzwi.
- To jak będzie z tym imieniem? – zapytał na pożegnanie.
- Do widzenia – powiedziałam i zamknęłam za nim drzwi. Potarłam ręce i wróciłam do salonu gdzie siedziała Sol, chlipiąc w koszulę mojego brata. Zmierzyłam ją lodowatym spojrzeniem.
- A teraz chcę wiedzieć ile ludzi zdążyłaś naciągnąć i jak długo to trwało – powiedziałam chłodno
- Trzy miesiące i miałam 24 klientów – odpowiedziała cicho blondynka
- Nie ty, tylko Lady Ava to po pierwsze, po drugie poproszę o dane kontaktowe wszystkich oszukanych przez ciebie osób, po trzecie oddasz wszystkie wyłudzone pieniądze oraz rzeczy które mi do tej pory ukradłaś, a po czwarte przysięgniesz mi, że nigdy w życiu nie zabierzesz się znowu za wróżenie i naciąganie ludzi – powiedziałam siadając z powrotem na moim fotelu. Moja herbata zdążyła już wystygnąć, więc wzięłam filiżankę i poszłam do kuchni. Postawiłam czajnik pełen wody na palniku i czekając aż woda się zagotuje, zabrałam się za przygotowywanie kolacji. W przedpokoju znów rozbrzmiał dzwonek. Z tego co usłyszałam drzwi otworzył mój brat, a chwilę później do kuchni weszła moja przyjaciółka i współpracowniczka.
- Witaj Bianko, cudownie cię widzieć – uśmiechnęłam się do przyjaciółki gdy cmoknęłyśmy się w policzek.
- Przynoszę ci niezbyt dobre wieści Beth – powiedziała siadając przy stole. Zrobiłam nam obu herbaty i usiadłam naprzeciwko przyjaciółki.
- Opowiadaj co się dzieje – powiedziałam patrząc na szatynkę zmartwiona.
- Madame Zara rozpuszcza plotki, że twoje wróżby od jakiegoś czasu są nie wartę funta kłaków. Ponad to jest święcie przekonana, że straciłaś swoje umiejętności i po prostu nabierasz klientów – powiedziała Bianka. Westchnęłam ciężko.
- Madame Zara poniekąd ma rację. Odkryłam dziś, że od trzech miesięcy Sol podszywała się pode mnie. Co się dalej działo chyba nie muszę ci mówić. Ukradła moje karty, w dodatku te przeklęte. – powiedziałam z goryczą.
- Mój Boże, przecież jak Rada się o tym dowie to… - Bianka urwała raptownie. Doskonale wiedziałam co się stanie. Przez ten występek, Sol naraziła mnie na mnóstwo nieprzyjemności. Mogę zostać zdegradowana, wygnana albo co gorsza poddana całkowitej redukcji.
- Właśnie dlatego muszę odnaleźć wszystkich oszukanych i zdjąć z nich klątwę zanim będzie za późno – powiedziałam upijając łyk świeżej herbaty. Gdy skończę z klątwą, wybiorę się jeszcze do Madame Zary, coś za długo czuła się bezpiecznie. Czas to zmienić.
- Jeśli chcesz, mogę ci pomóc – powiedziała Bianka, wyrywając mnie z moich rozmyślań.
- Dziękuję Bianko, ale myślę że sobie poradzę. – odpowiedziałam uśmiechając się krzepiąco do przyjaciółki.
- A jak zamierzasz ukarać… no wiesz – powiedziała szatynka. Odkąd Dean zaczął chodzić z Sol, Bianka nie wymawia jej imienia. Nie chce się co prawda przyznać jak bardzo jest zakochana w moim bracie, ale mnie nie da się oszukać.
- Najpierw zamierzam postawić ją przed faktem co mi zagraża, oczywiście w obecności Dean'a, potem wywróżę jej, że data ich ślubu jest bardzo pechowa – odpowiedziałam uśmiechając się mściwie.
- A co jeśli ona ci nie uwierzy? – zapytała Bianka, upijając łyk swojej herbaty.
- Och, no wiesz, mogę ją jeszcze zmienić w ropuchę na dwadzieścia cztery godziny, jeśli znajdę przeciw zaklęcie. A wiesz jak bardzo lubię czytać stare podręczniki więc to szukanie może się przedłużyć… no powiedzmy ze cztery dni. – mruknęłam, uśmiechając się wrednie. O tak, moja kochana, przyszła szwagierka bardzo długo popamięta z czym wiąże się zadzieranie z wiedźmą. A już zwłaszcza, z siostrą swojego narzeczonego.

=============================================
Panie i... Panie pierwszy rozdział tak jak obiecałam jest. Różni się nieznacznie od swojego pierwowzoru, który niektórzy do tej pory czytali. Jeśli zdąż się jakieś błędy, to serdecznie przepraszam, bo mój word jest tak kopnięty, że po prostu tworzy swój własny słownik i dla niego błąd, błędem nie jest, więc co poradzić. Następny rozdział, oczywiście będzie prawdopodobnie jutro wieczorem. Very Happy Mam nadzieję, że ten wam się spodobał. W razie jakichś zażaleń, upoważnieni wiedzą jak i gdzie mnie złapać, nieupoważnieni zostają skazani na system pw. Wink


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez CzarnaLilia dnia Sob 22:31, 28 Lis 2015, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
CzarnaLilia
Początkujacy
Początkujacy



Dołączył: 30 Sty 2012
Posty: 38
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kroczyce
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 22:44, 28 Lis 2015 Powrót do góry

Rozdział 2
Wiedźma pod obstrzałem męskich spojrzeń

Kubek z gorącą kawą, to jedyny dodatek do wspaniałego początku dnia, który najczęściej stosuję. Jestem uzależniona od kawy rano i herbaty wieczorem. Dzisiejszy dzień zapowiadał się naprawdę pięknie. Słońce już wstało i zapraszało swoim ciepłem na dwór. Nie omieszkałam skorzystać. Usiadłam na huśtawce ustawionej na werandzie z kubkiem wspomnianej kawy i gazetą przyniesioną przez chłopca z naszego osiedla. Upiłam łyk parującej, czarnej cieczy i rozwinęłam gazetę. Z pierwszej strony uśmiechało się do mnie zdjęcie Nicolasa Ravela z jakąś piękną kobietą w ramionach. Artykuł pod spodem mówił iż wspomniany pan Ravel odniósł niezwykły sukces, kupując sieć firm kosmetycznych i kwiaciarni, stając się najbogatszym człowiekiem w stanie Nowy Jork.
Rozwinęłam gazetę i przeszłam do następnej kolumny. Zamarłam, patrząc na zdjęcie roześmianej Florencji i datą oraz godziną jej śmierci pod spodem. Nie lubiłyśmy się z kobietą, to prawda, ale nigdy nie życzyłam jej śmierci. Było mi jej żal. Zwinęłam gazetę i weszłam do domu.
- Elizabeth Bennett! – aż podskoczyłam słysząc przy uchu głos Florencji. Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam jej wielkie oczy wpatrzone we mnie.
- Co, będziesz mnie teraz nawiedzać po śmierci? – zapytałam patrząc na ducha lekko zaskoczona.
- Bardzo śmieszne, nie wiem dlaczego nie mogę przejść na drugą stronę, pierwsze co mi przyszło do głowy to ty – odpowiedziała zgryźliwie. Jak u dwudziesto ośmioletniej starej panny zrodziło się tyle podejrzliwości, nie wiem.
- Nie mam z tym nic wspólnego. Przecież doskonale wiesz, że trzymałam się od ciebie i twojego domu z daleka – odpowiedziałam równie zgryźliwym tonem.
- Prawda, ode mnie trzymałaś się z daleka, ale nie od moich klientów – warknęła.
- Nie zapraszałam ich, sami przyszli – odpowiedziałam w swojej obronie
- Nie wierzę ci – odpowiedziała
- Z resztą nie ważne, po co przyszłaś? – zapytałam zmieniając temat.
- Chcę żebyś pomogła tym tumanom znaleźć mojego zabójcę – odpowiedziałam kobieta
- Niech zgadnę… Klientowi nie spodobała się przyszłość, którą mu przepowiedziałaś? Cholera Flor przecież sama mi mówiłaś, że jak coś się klientom na pewno nie spodoba i ty o tym wiesz to trzeba skłamać. Dla dobra siebie samego – powiedziałam patrząc karcąco na ducha, który się bezczelnie uśmiechnął.
- Ja ci coś takiego powiedziałam? Musiałam być pijana – odpowiedziała Florencja.
- Powiedziałaś mi to na wieczorku wprowadzającym dwa lata temu gdy otrzymałam razem z innymi papiery pozwalające na samodzielną działalność. – odpowiedziałam sucho
- Tak, na pewno byłam pijana, a teraz idź na komisariat i powiedz im kto mnie zamordował – powiedziała zrzędliwie.
- Jasne, pójdę , tylko co mam im powiedzieć? Wiem tylko, że to twój były klient. Nic więcej mi nie powiedziałaś – odpowiedziałam złośliwie, sugerując tym samym, że koleżanka po fachu ma już sklerozę.
- Sama zobacz – odpowiedziała Flor równie złośliwie i pokazała mi w wizji co się stało. Najpierw wróżyła z kart tak jak powinno być, potem powiedziała klientowi to co zobaczyła. Mężczyzna był dość wysoki, lat około trzydziestu trzech. Brązowe włosy, szarozielone oczy, lekko zarysowana szczęka z czarnym zarostem.
- O cholera, Flor a to nie jest ten sam facet, który kręcił się koło ciebie zeszłej wiosny? No wiesz, ten który przychodził zawsze w piątki i starał się wyciągnąć cię do teatru? – zapytałam marszcząc brwi
- A ty skąd to wiesz? Szpiegowałaś mnie?! – zapiszczała mi nad uchem
- A tfu, nawet mi to do głowy nie przyszło. Wiem to od Bianki przecież przyjaźniła się z nami równocześnie – odpowiedziałam
- Co za papla, już ja jej pokarzę – pisnęła Flor
- Teraz to już jej raczej nic nie pokarzesz, ale możesz ją przestraszyć – podsunęłam, mając nadzieję, że to ją na jakiś czas zatrzyma z dala ode mnie. Odstawiłam kubek po kawie do zlewu w kuchni, pobieżnie przejrzałam lodówkę i poszłam do swojego pokoju aby przebrać się z piżamy. Zdecydowałam się na sukienkę w pastelowych kolorach przed kolano. Do tego niebieskie materiałowe szpilki wiązane na łydce. Uwolniłam włosy z kucyka i przeczesałam je lekko. Ułożyły się posłusznie w delikatnych falach na plecach. Nałożyłam ostrożnie glamarię, tak aby nie przesadzić. Już raz dałam taki popis, że żałowałam przez następny miesiąc. Po tym incydencie zainstalowaliśmy w domu mocniejsze drzwi, które dodatkowo zaklęłam tak, że nijak ich nie wywalisz z zawiasów. Oceniłam swój wygląd w lustrze i zeszłam na dół. Wzięłam torebkę, sprawdziłam czy mam dokumenty i wyszłam z domu, zamykając za sobą drzwi. Z naszego osiedla do centrum nie było znowu tak daleko, dlatego mogłam darować sobie podróż autem. Z resztą w tych szpilkach nie mogę siąść za kółkiem. Szłam spokojnie chodnikiem z okularami słonecznymi na nosie i cieszyłam się słonecznym porankiem. Nic nie mogło zakłócić tej idealnej chwili… no, prawie nic.
- Elizabeth Bennett, aleś ty wypiękniała! – zdecydowanie męski głos prosił się właśnie o liścia. Zatrzymałam się w pół kroku, koncentrując siły w prawym sierpowym. Przesunęłam okulary na czubek głowy i odwróciłam się do delikwenta. Ze srebrnego BMW z opuszczonym dachem wysiadał właśnie brunet. Dla jasności, przystojny brunet, a że mnie nie często zdarza się widywać z przystojniakami, to zamrugałam zdziwiona na takie oto rzadko spotykane zjawisko.
- Przepraszam, my się znamy? – zapytałam to owo unikalne zjawisko.
- No pewnie. Jestem Seth Sullivan – odpowiedział zielonooki cud męskiej natury. Moje zdziwienie przeszło w szczere zdumienie i niezrozumienie.
- Pierwszy raz słyszę – odpowiedziałam i ruszyłam dalej chodnikiem, zostawiając faceta szczerze zdumionego o czym świadczyła jego opadnięta szczęka. Dla swojego bezpieczeństwa, ale również i ciekawości skręciłam w boczną uliczkę i przeszłam skrótem na następną ulic, po czym przyspieszyłam kroku. Szkoda, że bieganie w szpilkach dziwnie wygląda. Szanowny pan Sullivan zdaje się zaprzestał pościgu. Zapewne zaczaił się na mnie w bardziej dogodnym miejscu. Dlatego też reszta podróży do centrum minęłam mi bez przeszkód i niespodziewanych spotkań. Na komisariat weszłam nieco zdyszana gdyż głos Florencji wciąż dzwonił mi w uszach.
- Mogę pani w czymś pomóc? – z okienka obok drzwi uśmiechnął się do mnie dyżurujący policjant.
- Eee… przyszłam w sprawie zabójstwa Florencji Davis – odpowiedziałam nieco zmieszana.
- Proszę chwilę poczekać – odpowiedział mężczyzna po czym podniósł słuchawkę telefonu i zaczął coś szybko mówić. Usiadłam na plastikowym krzesełku pod ścianą i zamknęłam na chwilę oczy. Aura tego miejsca wydawała się być przesiąknięta bólem i strachem. A policjanci pracujący w tym miejscu wyraźnie poirytowani i złośliwi wobec siebie nawzajem.
- Pani w sprawie panny Davis? – otworzyłam oczy i spojrzałam na młodego policjanta stojącego przede mną.
Skinęłam głową i wstałam z mojego miejsca. Ruszyliśmy w głąb komisariatu plątaniną licznych korytarzy. Z nudów zaczęłam liczyć mijane drzwi, gdy raptem młody mężczyzna zatrzymał się i gestem zaprosił mnie do małego gabinetu. Usiadłam naprzeciwko biurka gdzie starszy policjant siedział i palił papierosa.
- Słucham, co mogłaby pani powiedzieć w sprawie tego zabójstwa? – zapytał nie siląc się nawet na uprzejmość.
- Wiem kim jest zabójca – odpowiedziałam zastanawiając się czy jeśli zacznę zachowywać się jak na wieszczkę przystało, to nie wezwą do mnie panów z fartuchem bezpieczeństwa.
- Doprawdy? A skąd pani to wie? – zapytał mężczyzna znudzonym tonem. Jego wąsy poruszały się za każdym razem gdy wydmuchiwał dym w moja stronę.
- Florencja mi powiedziała – odpowiedziałam bezczelnie. Nie wiem dlaczego, ale moja wypowiedź została skwitowana wybuchem głośnego śmiechu.
- Więc twierdzi pani, że denatka powiedziała pani kto ją zamordował. A kiedy to było, Hmm? – zapytał jawnie się ze mnie nabijając.
- Otóż dzisiaj rano proszę pana i zanim zacznie się pan śmiać wyjaśnię tylko, że jestem specjalnie utalentowana – odpowiedziałam tracąc już powoli cierpliwość.
- Mhm… a czy ma pani na to jakieś papiery? Bo jeśli działa pani nielegalnie to będę musiał aresztować panią – odpowiedział udając powagę.
- No wie pan – prychnęłam wyciągając z torebki mój certyfikat. Kiedy mężczyzna zaczął czytać po pierwszej linijce oczy rozszerzyły mu się ze zdziwienia, po drugiej wytrzeszczyły, a po trzeciej bałam się , że wypadną całkowicie dlatego odebrałam mu moją własność. Wąs przełknął głośno ślinę i spojrzał na mnie z szacunkiem.
- Przepraszam, nie sądziłem że mam do czynienia z wykwalifikowanym wieszczem – powiedział cicho.
- W porządku. Przejdźmy do rzeczy. Flor nawiedziła mnie dzisiaj i pokazała kto ją ukatrupił. Wszystkie dane oraz adres macie tutaj – powiedziałam podając mu kartkę z dokładnymi informacjami. Podniosłam się ze swojego miejsca.
- Gdyby były jakieś problemy na drugiej stronie jest mój numer. Jestem zawsze do dyspozycji. Dowidzenia – dodałam i wyszłam z gabinetu. Młody mężczyzna szybko pojawił się u mojego boku.
- Dziękuję, ale sama trafię do wyjścia – powiedziałam i szybkim krokiem ruszyłam korytarzem w stronę tej ichniej portierni. Musiałam szybko opuścić to miejsce. Za dużo uczuć, za dużo wspomnień zachowanych w tych murach. Na zewnątrz wręcz wypadłam, starając się trochę uspokoić. Musiałam na chwilę przysiąść na schodach bo przed oczami zrobiło mi się ciemno. Młoda dziewczyna szlochając, trzymała się kurczowo koszuli wysokiego blondyna.
- Niee, proszę tylko nie mój brat – szlochała głośno. Mężczyzna mocno trzymał jej ramiona gdy ta zaczęła się wyrywać.
- Niee… proszę tylko nie Dean!! [/i]– wizja nagle się rozpłynęła. Poczułam wilgoć na policzkach, którą szybko starłam. Wizja nie mogła kłamać, już niedługo będę tu z powrotem rozpaczając o brata. Mogłam się tylko łudzić, że wizja nie była moja. Zanim znów wyjdę do ludzi minie sporo czasu. Za dużo tu cierpienia i bólu.
- Lady Ava?! – z rozmyślań wyrwał mnie znajomy głos. Spojrzałam w stronę z której dochodził. Chodnikiem w moją stronę szedł Nicolas Ravel. Szybko starłam resztki wilgoci, poprawiłam sukienkę i nie czekając aż do mnie dołączy, ruszyłam chodnikiem w stronę najbliższego centrum handlowego.
- Hej, ej gdzie mi pani ucieka?- Nicolas dogonił mnie i złapał za ramię.
- Miałam cichą nadzieję iż pomyśli pan że się pomylił i nie pójdzie pan za mną, ale jak widzę trochę się pomyliłam. – powiedziałam nieco złośliwie.
- Nie mógłbym pomylić pani z nikim innym. Jest pani jedną z najpiękniejszych kobiet jakie spotkałem w swoim życiu – wyznał spokojnie.
- Jeśli sądzi pan że pańskie komplementy mnie kupią i zdradzę panu moje prawdziwe imię to jest pan w dużym błędzie – odpowiedziałam rozmywając wszelkie pozory romantyzmu tej chwili.
- Więc będę próbował dalej. Gdzie się pani wybiera? – odpowiedział zaczepnie.
- Na zakupy, planuję dzisiaj urządzić randkę – powiedziałam ruszając w stronę centrum handlowego.
- Randkę… Hmm… nie dziwię się, taka piękna kobieta musi mieć na pewno wielu adoratorów – powiedział nieco zmieszany.
- O tak, zwłaszcza jak pozbędę się z twarzy tej tapety i zacznę ważyć wywary. Dziś pełnia, mam pełne ręce roboty – odburknęłam wchodząc do pierwszego sklepu. Cóż, jeśli sądziłam, że Nicolasa zniechęci damska bielizna, to grubo się myliłam. Niewzruszony ruszył za mną pomiędzy wieszakami. Westchnęłam ciężko. Podeszłam do ekspedientki.
- Przyszłam w sprawie zamówienia Sol Madeletto – powiedziałam podając jej paragon, który zostawił dla mnie brat dziś rano.
- Och ma pani na myśli Sol Bennett. Zaraz wracam – powiedziała dziewczyna i zniknęłam na zapleczu. Czyżby Dean chajtnął się z Sol po kryjomu? Będę musiała to zbadać.
- Proszę – uśmiechnięta dziewczyna wręczyła mi torbę z zamówionymi i opłaconymi wcześniej rzeczami. Chwilę później o mało nie jęknęła, widząc jak brutalnie obeszłam się z satyną i jedwabiami wpychając jej po prostu do torebki.
- Dziękuję, do widzenia – powiedziałam i wyszłam.
- Mogę zadać ci osobiste pytanie Lady Avo? – irytujący głos Nicolasa zmusił mnie do zatrzymania w pół kroku.
- Tylko szybko – powiedziałam patrząc na mężczyznę nieco zirytowana.
- Ta ekskluzywna bielizna jest przeznaczona na dzisiejszą randkę, czy nie jest dla ciebie? – zapytał po czym zrobił unik przed moją nadlatującą pięścią.
- Zazdrosny? – prychnęłam złośliwie.
- A jeśli tak to co? – zapytał bezczelnie.
- To figę pan dostanie a nie odpowiedź panie Ravel. Nie ma pan przypadkiem jakiejś firmy do kupienia czy coś? – zapytałam starając się go pozbyć za wszelką cenę.
- Czyżby śledziła pani moje biznesowe poczynania?- zapytał niezmiernie zadowolony.
- Ani mi to do głowy nie przyszło, a teraz proszę dać mi dokończyć zakupy w spokoju – odpowiedziałam i szybkim krokiem skierowałam się w stronę sklepu z żywnością. Wzięłam koszyk i ruszyłam między pólkami, wybierając to co było mi akurat najbardziej potrzebne. Gdy wybierałam warzywa, niedaleko mignęła mi sylwetka blondasa.
- Jeśli myśli pan że pana nie widzę, to jest pan w błędzie panie Ravel – powiedziałam mijając go przy półce z mąką zza której akurat się wychylał. Zabrałam jeszcze parę rzeczy po czym skierowałam się do kasy. Za mną w kolejce ustawił się blondas z butelką wody gazowanej dla niepoznaki. Zapłaciłam i spakowałam zakupy po czym wyszłam ze sklepu.
- Może pozwoli mi pani chociaż panią odwieść do domu – zaproponował z nadzieją.
- Dziękuję, ale poradzę sobie sama – powiedziałam i machnęłam w stronę taksówki. Kierowca zatrzymał się przy mnie, pomógł mi zapakować zakupy do środka i po otrzymaniu adresu, zawiózł mnie do domu.

===============================================
I mamy rozdział numer dwa. Następny zapewne dopiero w poniedziałek. Smile
Mam nadzieję, że ten się spodoba Wink


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez CzarnaLilia dnia Śro 19:07, 02 Gru 2015, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
CzarnaLilia
Początkujacy
Początkujacy



Dołączył: 30 Sty 2012
Posty: 38
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kroczyce
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 19:06, 02 Gru 2015 Powrót do góry

Rozdział 3
Wiedźma zapracowana nigdy zabiegana



Dziesięć minut, dokładnie tyle dzieliło mnie od nieuchronnej katastrofy. Jak mogłam zapomnieć o dzisiejszej kolacji z szefem Deana? Cholera, taka skleroza w tak młodym wieku nie mogła być przypadkowa.
- Na wszystkie żywioły świata, co ja teraz zrobię ?! – jęknęłam sama do siebie.
- A co się stało Avo? – zapytał niezwykle zatroskany Nicolas. Jakim cudem wepchnął mi się przez lekko otwarte drzwi, nie wiem do tej pory. Wiedziałam tylko, że byłam z nim w stanie wojny.
- Na czym to my skończyliśmy? – zapytałam tracąc na chwilę wątek
- Było coś o nieuczciwym, dążącym do pani zawału domokrążcy – podsunął mi usłużnie mężczyzna.
- A właśnie… Ty niedomyślny, głupi, szukający własnej korzyści we wszystkim… mężczyzno !! – wrzasnęłam podejmując przerwany wątek.
- Ooo… a to coś nowego. Przeszliśmy na ty, powiedz jak masz na imię skarbie to ci odpowiem na stawiane zarzuty – powiedział trzymając mnie w uścisku abym przypadkiem czegoś mu nie zrobiła.
- El… chwila, tak chcesz mnie podejść przebrzydła fretko – zanim palnęłam moje imię zdążyłam się z orientować o co mu szło.
- Ha! Już wiem, masz na imię Eleonor, zgadłem? – zapytał triumfalnie. Moje spojrzenie padło przez chwilę na kalendarz gdzie wizyta szefa mojego brata była zakreślona czerwonym kółkiem.
- A więc Eleonor, nie jestem wcale przebrzydłym i głupim, ale z resztą muszę się zgodzić. W dodatku przyznam, że jestem taki w obecności tylko jednej kobiety i jesteś nią ty – powiedział i puścił mnie zanim zdążyłam go kopnąć.
- Wynocha!! – wrzasnęłam wskazując na drzwi.
- Ani mi to w głowie – odpowiedział bezczelnie Nicolas. Zmrużyłam oczy, posyłając mu spojrzenie bazyliszka, blondas oczywiście nic sobie z tego nie robił. Po prostu walnął się na moją kanapę i poklepał miejsce obok siebie. Walczyłam sama ze sobą, ale po chwili zajęłam oferowane miejsce. Zaczęłam się zastanawiać jak mogłabym w przeciągu paru minut zorganizować kolację. Cholera, dlaczego Sol musiała pojechać do matki akurat teraz. Nie miałam na kogo zwalić winy za moją sklerozę.
- Więc Eleonor, o czym tak myślisz? – zapytał Nicolas, płynnym ruchem przerzucając swoje ramię za moje oparcie, obejmując mnie przy tym.
- Pójdziesz sobie jeśli powiem ci jak naprawdę mam na imię? – zapytałam strząsając z siebie jego ramię.
- Przecież już to wiem – odpowiedział szczerząc do mnie śnieżnobiałe zęby.
- Wydaje ci się tylko że wiesz. Wcale nie mam na imię Eleonor. – odpowiedziałam triumfalnie. Ha, jak Dean wróci całą winę zwalę na blondasa. To jest myśl!
- No to jak ci na imię skarbie? – zapytał posyłając mi drapieżne spojrzenie.
- Elizabeth – odpowiedziałam z szatańskim uśmiechem
- Naprawdę? – zapytał zdumiony
- Tak. Elizabeth Bennett, moja matka uwielbiała Jane Austen jeśli wiesz co mam na myśli – odpowiedziałam wstając z kanapy. Wzięłam ze stolika telefon, wystukałam numer mojego brata i czekałam aż odbierze.
- Beth, dobrze że dzwonisz. Słuchaj, negocjację trochę się przedłużyły i będziemy na kolacji za jakąś godzinę – powiedział Dean zamiast powitania.
- Okej, czekam… czekamy – poprawiłam się po chwili, wiedząc że blondas nie wyjdzie.
- Sol wróciła od matki? – zapytał mój brat zdziwiony.
- Jak wrócisz to zobaczysz o co mi chodzi – powiedziałam i rozłączyłam się. Spojrzałam na blondasa z zamyśloną miną.
- Ty… przydasz mi się – powiedziałam gdy ten rzucił mi niewinne spojrzenie.
- Taaak? – zapytał niepewnie.
- Tak, choć no tu – pokiwałam na niego palcem. Nicolas posłusznie wstał z kanapy i podszedł do mnie.
- Dawaj portfel – dodałam wyciągając rękę
- Po co ci on? Nie mam w nim zbyt dużo gotówki, a karty mają więcej zabezpieczeń niż możesz sobie wyobrazić – powiedział podając mi swój czarny portfel. Otwarłam go i zaczęłam przeglądać wizytówki wciśnięte w jedną z kieszonek.
- Aha! – zawołałam ucieszona.
- To wizytówka do restauracji. Chcesz iść na kolację? – zapytał Nick nieco zbity z tropu.
- Lepiej kochany, to kolacja przyjdzie do nas – powiedziałam i znów chwyciłam za telefon. Piętnaście minut później odłożyłam go, z miną kota który dobrał się do śmietanki. Wsunęłam wizytówkę z powrotem do kieszonki portfela, po czym podałam go właścicielowi.
- A teraz masz dwie rzeczy do zrobienia – powiedziałam do mężczyzny wpatrującego się we mnie z uwagą.
- Jakie? – zapytał z ciekawością.
- Pierwsza: pomożesz mi ogarnąć dom przed kolacją a druga to kiedy już skończymy, udasz się do drzwi wyjściowych i sprawdzisz czy nie ma cię na zewnątrz – powiedziałam wstając z mojego miejsca. Zrobiłam dwa kroki w stronę kuchni, a potem poczułam silne ręce łapiące mnie w talii i wylądowałam na kanapie przygnieciona przez Nicolasa.
- Złaź ze mnie – zaprotestowałam wiercąc się strasznie
- Przestań, najpierw nagroda, bez niej nawet nie marz że się mnie stąd dzisiaj pozbędziesz – mruknął i przybliżył swoją twarz do mojej.
- Nawet o tym nie myśl. Znam parę niezłych klątw, a na pewno nie chcesz abym przetestowała na tobie ich działanie – powiedziałam muskając bardzo delikatnie jego wargi. Nie ma to jak zepsuć romantyczny nastrój . A potem nie wiadomo w jaki sposób, ja znajdowałam się nad nim, oddając ochoczo jego pocałunek. Poczułam jak magia wypełnia moje ciało. To nie był zwykły pocałunek. Popełniłam błąd i zdałam sobie z tego sprawę, niestety za późno. Jego palce wsunęły się w moje włosy, pogłębiając pieszczotę i rujnując mój misternie ułożony kok. Z resztą… do cholery z kokiem. Jego usta smakowały grzechem i spodobało mi się to. Nie potrafiłam tego przerwać, zabrnęłam za daleko i zaczynałam się już od niego uzależniać. Stawał się moim nałogiem. Jego dłonie dotarły do krawędzi mojej koszulki i po chwili znalazły się na moich gołych plecach. Jęknęłam cicho, a jego usta przesunęły się na moja szyję. Poczułam ogień płynący mi w żyłach. W ostatniej chwili odepchnęłam go od siebie i spadłam na dywan. Wszystkie rzeczy, które dziwnym trafem znalazły się w powietrzu, opadły z łoskotem. Spojrzałam na Nicolasa szeroko otwartymi oczami, oddychając ciężko. Kiedy podniósł się z kanapy, żeby pomóc mi wstać, odsunęłam się gwałtownie.
- Nie! Nie dotykaj mnie! – krzyknęłam przytulając się do ściany
- Beth co… - zaczął ale nie pozwoliłam mu dokończyć.
- Wyjdź zanim zrobię ci krzywdę – powiedziałam i machnęłam dłonią a drzwi wyjściowe otworzyły się z łoskotem. Przymknęłam oczy, starając się uspokoić. Poczułam jak zbliża się do mnie powoli.
- Proszę – załkałam cicho. Potem usłyszałam tylko kroki i trzask zamykanych drzwi. Podniosłam się z dywanu. Zabrałam z kanapy jedną z poduszek i zawyłam w nią głośno, przestając tłumić łzy. Było cholernie blisko, tak blisko, że jeszcze chwila, a skrzywdziłabym mężczyznę, z którym związana jest moja przyszłość. Gdybym się nie powstrzymała, magia we mnie naznaczyłaby go. Boleśnie. Nie mogę do tego dopuścić, a przynajmniej nie teraz gdy jeszcze nie wszystko zostało wyjaśnione.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez CzarnaLilia dnia Czw 17:09, 07 Sty 2016, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
CzarnaLilia
Początkujacy
Początkujacy



Dołączył: 30 Sty 2012
Posty: 38
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kroczyce
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 17:00, 07 Sty 2016 Powrót do góry

Rozdział 4
Wiedźmi interes

- Dean, co do cholery?! – wrzasnęłam gdy potknęłam się o kolejny wazon z kwiatami stojący w salonie.
- To raczej ja powinienem o to spytać, Beth – odpowiedział spokojnie, siedząc na kanapie. Faktem było. Że wróciłam do domu wczoraj wieczorem, ale z tego co pamiętałam nasz salon wyglądał normalnie. A teraz wydawało mi się, że mieszkam w kwiaciarni. Wyjęłam małą karteczkę z bukietu czerwonych róż stojący najbliżej mnie. Dlaczego się nie odzywasz? Zrobiłem coś źle? Bardzo mi ciebie brakuje… O nie, to już jest przegięcie. Z furią w oczach podeszłam do naszego telefonu domowego i szybko wybrałam numer z wizytówki leżącej na stoliku obok książki adresowej.
- Nicolas Ravel, w czym mogę pomóc? – usłyszałam po drugiej stronie niemal od razu
- Nicolas, co do cholery? – powiedziałam do słuchawki
- Kto mówi? – zapytał nieco zaniepokojony
- Dalajlama – warknęłam w odpowiedzi
- Beth jak dobrze że dzwonisz, już się bałem, że kwiaty nie dotarły – powiedział z ulgą
- Więc to jednak twoja sprawka – znów warknęłam
- Ale co? – zapytał niewinnie
- A to, że mój dom zmienił się w pieprzoną kwiaciarnię. Za piętnaście minut masz się tu pojawić i zabrać to wszystko w cholerę ! – wrzasnęłam wytrącona z równowagi
- Nie mam zamiaru nic zabierać. Te kwiaty są twoje, sprawdzałaś może liścik który napisałem i włożyłem do przedostatniego bukietu? – powiedział i niemal poczułam jak się uśmiecha
- A który to? Dopiero co wróciłam do domu więc, sam wiesz … - specjalnie nie dokończyłam zdania
- Fioletowe frezje i białe mieczyki. Co robiłaś poza domem tak wcześnie rano? – odpowiedział, połykając haczyk.
- Niech cię to nie interesuje – odpowiedziałam wyjmując białą kopertę ze wskazanego bukietu.
- Co to do diabła jest? – zapytałam wpatrując się w ślubne zaproszenie
- To zaproszenie na ślub mojego przyjaciela, chciałbym, żebyś mi towarzyszyła jako przyjaciółka – odpowiedział dziwnie szczerze.
- Zastanowię się – odpowiedziałam i rzuciłam słuchawką. Spojrzałam krytycznie na salon. I co ja do cholery miałam zrobić z tyloma kwiatkami? Westchnęłam ciężko i powlokłam się do kuchni. Wzięłam największą miskę jaką znalazłam i wróciłam do salonu. Zaczęłam obrywać płatki z róż. Zrobię z nich olejek, potem zabiorę się za Kalle – kwiaty śmierci, a jeszcze później sporządzę wywar z reszty kwiatów i przyrządzę sobie maść, którą stosują wszystkie czarownice.
- Chcesz mi może pomóc? – zapytałam brata, który pojawił się obok mnie. Podałam mu drugą miskę i przez chwilę oboje milczeliśmy, zrywając płatki róż.
- Dean, nie wyrzucaj łodyg. Mam pomysł – powiedziałam uśmiechając się z mściwym uśmiechem. Kiedy skończyliśmy obskubywać wszystkie kwiaty, było południe. Serio. Zebrałam wszystkie łodygi i posortowałam je. Wyszło całe dziesięć kupek zieleniny. Związałam każdą czerwoną wstążką i każdą zaopatrzyłam w liścik. Potem oddałam je w ręce zdumionego kuriera i przestrzegłam, że gdy dotrze do biura blondasa ma je ułożyć od lewej do prawej zaczynając od róż. Zapłaciłam za wysyłkę i zamknęłam drzwi. Poprosiłam brata aby zrobił mi kawę bo widząc ilość kwiatków do obrobienia w kuchni, rozbolała mnie głowa, więc instynktownie unikałam tego pomieszczenia. Pięć minut później umościłam się wygodnie na kanapie z filiżanką kawy, niemal mrucząc z zadowolenia. Obok mnie usiadł mój brat.
- Dean, mógłbyś zadzwonić do Bianki? Przydałaby mi się jej pomoc w ogarnianiu tego bałaganu z kuchni. – powiedziałam sącząc kawę z filiżanki.
- Jasne Beth, a zrobisz mały flakonik perfum dla Sol? – zapytał z błyskiem w oku.
- O ile mi się wydaje to mieszkacie w domu czarownicy a nie w perfumerii – odpowiedziałam sucho
- Beth – mruknął tylko.
- Eh, no dobrze, postaram się coś wykombinować. Ale nie obiecuję, że mi się uda – odpowiedziałam, gdy mój brat wystukiwał numer mojej przyjaciółki. Mądra dziewczyna odebrała po pierwszym sygnale. Na pewno była mile zaskoczona, słysząc głos mojego brata. Chociaż za ten oficjalny i rzeczowy ton powinnam go strzelić. Jak, powtarzam, jak można być takim ślepym?? Kompletnie tego nie rozumiem.
- Załatwione – z moich rozmyśleń wyrwał mnie Dean, siadając obok mnie. Przymknęłam na chwilę oczy i pozwoliłam myślą płynąć spokojnie. Z kuchni dolatywał słodki zapach kwiatów. Prawie czułam go na języku.
- Beth, mogę o coś zapytać? – Dean ułożył głowę na moim ramieniu, tak jak robił to w dzieciństwie.
- Jasne braciszku – odpowiedziałam głaszcząc go delikatnie.
- Co jest między tobą a tym biznesmanem? – zapytał
- Którym? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie nieco nieprzytomnie.
- Nicolasem Ravelem. Słyszałem, że odkąd poznał pewną kobietę, która przepowiedziała mu sukces, przestał oglądać się za innymi. Zainteresował się za to samą czarownicą. Wiesz coś o tym? – mruknął prostując się.
Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego, po czym westchnęłam.
- Cóż, to prawda, znam wspomnianego mężczyznę i to ja ratowałam go od klątwy, ale nic więcej mnie w nim nie
zainteresowało – odpowiedziałam spokojnie. Tylko czy aby na pewno? Telefon na kolanach mojego brata
zadzwonił wściekle. Odstawiłam filiżankę na stolik i odebrałam telefon.
- Beth, co do cholery? – usłyszałam zamiast powitania.
- Oddałam to co mi już nie potrzebne. Tak nawiasem mówiąc, dziękuję za przysporzenie mi roboty na następne
parę dni. Dzięki tobie na krok nie ruszę się z domu – powiedziałam nieco opryskliwie.
- Bardzo się cieszę, nie rozumiem tylko dlaczego dostałem łodygi – odpowiedział Nicolas łagodnie
- Oddałam zieleninę więc za płatki będę mogła zapłacić twojej kwiaciarni połowę ceny. Następnym razem
przyślij mi słoneczniki, przydadzą się. – powiedziałam dobitnie.
- Mogę wiedzieć co mają znaczyć te kartki z pojedynczymi wyrazami? – zapytał puszczając moje zdanie mimo
uszu.
- Złóż je na swoim biurku. Powinny wyjść dwa zdania – mruknęłam upijając łyk kawy.
- „ Jesteś, naprawdę wkurzającym facetem. Nie wiem dlaczego tak cię lubię” – przeczytał na głos
- Brawo, a teraz wracaj do pracy i nie waż się dzisiaj tu przychodzić, bo tym razem naprawdę oberwiesz
zaklęciem. – powiedziałam i rozłączyłam się.


Rozdział 5
Wiedźma przy pracy


No to dałam się wrobić, nie ma co. Nie skończę tych olejków do końca miesiąca chyba. No tak, Nico wiedział
jak mnie urządzić, teraz przynajmniej będzie miał pewność, że na krok nie ruszę się z domu. Ech… faceci. Chociaż, ten konkretny to jest akurat niczego sobie, sympatyczny, zabawny i do tego cudownie całuje... Chwila, moment, o czym ja do cholery myślę?! Praca Beth, zobacz ile masz roboty przez tego „ cudownego „ faceta.
- Gdzie to dać? - z rozmyślań wyrwał mnie głos brata, który przyniósł mi kolejną miską posegregowanych płatków róży.
- Postaw to gdzieś tam – mruknęłam wskazując bliżej nieokreślony kierunek, mieszając w garnku wywar z płatków róży herbacianej.
- Hej, co tu się dzieje? – w kuchni pojawiła się Sol.
- O świetnie, jeszcze ciebie mi tu brakowało – westchnęłam podkręcając płomień aby woda zaczęła się gotować.
- Zrobiłaś skok na kwiaciarnię? – zapytała Sol przeglądając zawartość misek.
- Najpierw miałam zamiar zamówić wieniec pogrzebowy i ci go wysłać jak będziesz u matki, ale potem zmieniłam zdanie i zamówiłam to wszystko bo strasznie mi się nudziło – odpowiedziałam sarkastycznie.
- Pomóc ci? – zapytała, dając buziaka mojemu bratu.
- A nie masz przypadkiem jakiegoś salonu kosmetycznego do odwiedzenia? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Beth, Sol mówi poważnie – ujął się za narzeczoną Dean.
- Wiem i tego się właśnie obawiam. No bo pomyśl sam, co się stanie, gdy się wręczy dziecku , paczkę zapałek do reki – powiedziałam, mieszając w garnku.
- Cóż, powstanie tragedia – odpowiedział Dean, chyba nie wiedząc co miałam na myśli.
- No i utrafiłeś w sedno kochany. Właśnie tragedia powstanie jeśli pozwolę twojej narzeczonej zbliżyć się choć na centymetr do tej roboty. – uśmiechnęłam się, zauważając oburzoną minę Sol. Boże, ja wiem, że to moja przyszła siostra i w ogóle, ale tak cholernie podoba mi się wyprowadzanie jej z równowagi, że to chyba stanie się moim hobby.
- A tak w ogóle to wiesz, że… - zaczęłam, ale przerwał mi dzwonek do drzwi. Dean poszedł otworzyć, zostawiając Sol na pastwę jednej, dość wrednej wiedźmy.
- Pan do kogo? – usłyszałam głos mojego brata.
- To ja przysłałem Elizabeth te wszystkie kwiaty – usłyszałam w odpowiedzi głos blondasa. Westchnęłam ciężko i podwinęłam teatralnie rękawy bluzki.
- Ravel, jeśli to ty, to wiedz, że tym razem ostro przegiąłeś! – zawołałam, robiąc w pamięci listę rzeczy, które mogłam mu zrobić z całkowitą mocą magiczną jaką dysponowałam. W korytarzu zrobiło się cicho, więc albo Dean zatrzasnął drzwi przed nosem panu prezesowi, albo właśnie obaj idą do kuchni. Modliłam się o tą pierwszą opcję, ale niestety. W progu kuchni stanął blondas w pełnej chwale swojego seksownego wyglądu w ciemnych jeansach i czarnej, skórzanej kurtce.
- Witaj Elizabeth – uśmiechnął się i sięgnął po coś do swojej torby, którą dopiero teraz zauważyłam.
- Jeśli zamierzasz wręczyć mi jakiś bukiet, to obiecuję ci, że wylecisz za okno razem z całą resztą tego co mi przysłałeś – warknęłam niezbyt przyjaznym tonem.
- Napije się pan herbaty? – za ćwierkała Sol, cudownie słodkim głosem. Spojrzałam na nią karcąco.
- Nie, ten pan nie zostanie tu długo – odpowiedziałam, dając do zrozumienia, że lepiej by było gdyby się ulotniła. Tym razem posłuchała mnie, chyba pierwszy raz w życiu. Z resztą wyszli oboje z moim bratem. I dobrze bo znowu ktoś zadzwonił do drzwi. Co się dzieje do cholery? Czy mój dom zamienił się w dworzec kolejowy?
- Elizabeth, do ciebie! – zawołał Dean, a ja wyłączyłam płomień pod garnkiem, zdjęłam chustę zamotaną na głowie, po czym wyszłam z kuchni mijając zdumionego blondasa.
- Cześć Beth, a czy teraz wydaję ci się bardziej znajomy? – usłyszałam wchodząc do salonu. Widok jaki tam zastałam był naprawdę imponujący. Dean siedzący na schodach, próbuje docucić swoją zemdloną narzeczoną, a nasz gość, stoi centralnie na środku salonu z wielkim bukietem czerwonych róż w ręku. W dodatku ten gość jest przystojny, a to w moim domu nie często się zdarza. Zazwyczaj ci przystojni omijają mój dom.
- Mogę wiedzieć kim pan jest? – zapytał mężczyzna za moimi plecami. Cholera, zapomniałam o tym karaluchu.
- Nazywam się Seth Sullivan i… - zaczął mój gość, ale nie pozwoliłam mu dokończyć.
- A czy ty zawsze musisz wszystko wiedzieć? To jest znajomy, konkretnie mój i tak właściwie nic ci do tego – powiedziałam zwracając się bezpośrednio do blondasa.
- A pan kim jest? – zapytał tym razem Seth, jednak za nim Nico w ogóle zdążył otworzyć usta, ubiegłam go.
- Och, ten pan jest doręczycielem kwiatów, chyba biedak pomylił adresy – odpowiedziałam rzucając Nicolasowi wredne spojrzenie.
- A właśnie, a propo kwiatów, proszę, są dla ciebie Beth – powiedział Seth podając mi bukiet.
- Dziękuję, są naprawdę śliczne. A więc Seth, napijesz się herbaty? – zapytałam zapraszając mojego gościa do kuchni. Brunet ochoczo przyjął moje zaproszenie i podążył za mną. Nicolas niestety też. Jak na dobrą gospodynię przystało, oczyściłam stół i nakryłam go nowym obrusem, a następnie postawiłam na nim wazon z różami. Postawiłam czajnik na kuchence, aby woda mogła się zagotować i wyjęłam dwa czyste kubki.
- Elizabeth, czy możemy zamienić słowo? – zapytał blondas rzucając mi niezbyt przyjemne spojrzenie.
- Przepraszam na chwilę – zwróciłam się do mojego gościa po czym otworzyłam tylne drzwi kuchenne i zaprosiłam Nico do mojego ogrodu.
- Co to za facet? – zażądał odpowiedzi Nicolas, jak tylko zamknęły się za nami drzwi.
- Już ci mówiłam, że to mój znajomy, a konkretnie to znajomy ze szkoły – odpowiedziałam idąc ścieżką w głąb ogrodu.
- Czy ty mi to robisz specjalnie? – westchnął Nicolas, łapiąc mnie w pasie i odwracając mnie do siebie tak, że teraz staliśmy twarzą w twarz.
- Niby co ci robię? – odpowiedziałam pytanie na pytanie, patrząc z uporem na drzewo za jego plecami.
- Beth, do cholery, przecież wiesz o co mi chodzi – powiedział, zmuszając mnie abym spojrzała mu w oczy. Jego złote tęczówki wpatrywały się z uporem w moje brązowe.
- Niby skąd mam wiedzieć? I łapy przy sobie, nie zapominaj, że jestem na ciebie wściekła – warknęłam wyrywając się z jego ramion.
- Nie rozumiem za co – odciął się, krzyżując ramiona na piersi.
- Ty serio mówisz? Blondasie przypominam ci, że to ty przysłałeś mi jakieś pięćdziesiąt pieprzonych bukietów, które teraz muszę przerobić na olejki i inne ciekawe rzeczy – odpowiedziałam mrużąc groźnie oczy.
- Nikt ci nie kazał tego robić, mogłaś je po prostu wyrzucić – odpowiedział zły.
- Tak samo jak teraz mogłabym wyrzucić ciebie. Tak wiec, wynocha, wróć jak zmądrzejesz ! – zawołałam wskazując palcem furtkę.
- Miałbym cię niby zostawić z tym palantem, żebyście sobie pogruchali jak dwa gołąbki? Twoje niedoczekanie! – zawołał oburzony.
- A tobie co do tego z kim sobie grucham a z kim nie?! – nie wytrzymałam
- Więcej niż mogłoby ci się wydawać – odpowiedział przygarniając mnie do siebie, taka bym nie mogła mu się wyrwać.
- Puść mnie, ale już ! – wrzasnęłam szarpiąc się z nim.
- Och, do licha, przestań wiedźmo ! – widać było, że jest naprawdę zły więc zadrżałam, udając, że się go boję. W odpowiedzi zostałam przygarnięta jeszcze mocniej, a potem jego gorące usta dotknęły moich i straciłam czucie w nogach. Serio, nie wiem gdzie się tego uczył, ale doszedł do mistrzowskiego poziomu. Niestety, wciąż się na niego gniewałam więc zamiast oddać ten pocałunek tak jak z początku chciałam, odsunęłam się od niego stanowczo. Zamachnęłam się, a potem dałam mu w twarz.
- To za tą wiedźmę, palancie – powiedziałam chłodno po czym zrobiłam w tył zwrot i wróciłam do kuchni gdzie wciąż siedział mój gość. Zrobiłam nam herbaty, ale przewidywalnie zaparzyłam trzy kubki bo wątpiłam w to, że blondas zrozumie przekaz. Nie myliłam się, Nicolas dołączył do nas chwilę później. Przeniosłam herbatę na stół i usiadłam obok bruneta, uśmiechając się do niego ciepło.
- A więc, Seth, jak tam ci się układa? Co teraz robisz bo zaraz po skończeniu szkoły słuch po tobie zaginął? – zapytałam mieszając moją herbatę.
- Kupiłem dom w okolicy, no i jestem właścicielem małej firmy reklamowej. A po skończeniu szkoły musiałem wyjechać, ponieważ mój ojciec zachorował i potrzebował mnie abym zajął się jego ranczem – odpowiedział Seth uśmiechając się do mnie. Za co zarobił od Nicolasa wrogie spojrzenie.
- Czyli jesteśmy sąsiadami? Fajnie, będzie więcej okazji aby pogadać – powiedziałam starając się być miła.
- Też się z tego cieszę, bo nie ukrywam, że bardzo ciekawi mnie to, czym aktualnie się zajmujesz – odpowiedział Seth, po czym pogładził delikatnie moją dłoń. Nico, który akurat pił herbatę, zakrztusił się nią. Spojrzałam na niego zirytowana i walnęłam go w plecy. Blondas przestał się krztusić.
- Cóż, wciąż jestem czarownicą, prowadzę swój własny interes. Mam nawet swoje stoisko na targu, także w każdy piątek od rana można mnie znaleźć na targu. A przez resztę tygodnia wróżę, odganiam duchy, ewentualnie rzucam uroki, jak kto woli. Wiesz, praca jak każda inna – zaśmiałam się.
- Innymi słowy robisz to w czym jesteś najlepsza. Hmm… kto wie, może i ja przyjdę do ciebie po jakąś wróżbę – odpowiedział mi grzecznie Seth. Nicolas zakrztusił się herbatą po raz drugi, zyskując w końcu uwagę bruneta.
- A pan tak właściwie to po co tu przyszedł? – zapytał brunet zwracając się do Nico
- Jestem bliskim przyjacielem Beth – odpowiedział krótko Nicolas.
- O tak, bardzo bliskim. – powiedziałam kpiąco za co zostałam nagrodzona iście wrednym spojrzeniem. Oj
blondasie, jeszcze mnie popamiętasz. Zobaczysz co to znaczy wyprowadzić z równowagi wiedźmę.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
CzarnaLilia
Początkujacy
Początkujacy



Dołączył: 30 Sty 2012
Posty: 38
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kroczyce
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 21:25, 14 Sty 2016 Powrót do góry

Rozdział 6
Wiedźma na imprezie


- Sol, Beth, spóźnimy się! – wrzeszczał z dołu Dean. Zrobiłam ostatnią kreskę na powiece i przejechałam
błyszczykiem po ustach. Zabrałam trochę kosmetyków do magicznie powiększonej kopertówki. Spojrzałam na
siebie w lustrze po raz ostatni i z uśmiechem wyszłam z pokoju. Moje obcasy stukały po schodach gdy
schodziłam z godnością, starając się nie wywalić. Dean uśmiechnął się do mnie.
- Gdyby nie to, że idziemy wszyscy razem i to że jesteś już dorosła, to wierz mi, kazałabym ci zostać w domu.
Pięknie wyglądasz – powiedział przytulając mnie lekko
- Dzięki za komplement braciszku, ty też wyglądasz świetnie – odpowiedziałam z uśmiechem. Za plecami
usłyszałam nieznaczne chrząkniecie i chwilę potem zobaczyliśmy Sol. Jej różowa sukienka wyglądała nawet
dobrze. Pasowała do jej blond włosów upiętych wytwornie. Już chciałam powiedzieć coś uszczypliwego,
ale ugryzłam się w język. Zaczynam się robić miękka na starość. Mimo tego widać było kontrast między nami.
Ona blondynka w różowej sukience do kolan, w kremowych szpileczkach. Ja w mojej granatowej ale
mimo wszystko lekkiej sukni, w granatowych szpilkach i czarnych włosach uplecionych w kok w który wpięłam
niebieskie róże. Ona sprawiająca wrażenie delikatnej i kruchej, oraz ja, która potrafiła dać sobie radę ze
wszystkim, groźna czarownica. Opuściliśmy dom i wsiedliśmy do wynajętej taksówki. Zajechaliśmy pod kościół
całe dziesięć minut przed rozpoczęciem ceremonii. Z początku żałowałam, że przyjęłam zaproszenie od mojej
dawnej przyjaciółki. Dzisiaj jednak już mi przeszło.
- Och, nie… - jęknęłam cicho Sol, gdy wysiedliśmy z taksówki.
- Co się dzieje ? – zapytał Dean zaniepokojony.
- Rozmazałam się – zapiszczała cicho. Wzniosłam oczy ku niebu, błagając o cierpliwość.
- Chodź tu ofiaro losu – mruknęłam łapiąc ją za rękę i ciągnąc w bok. Podałam mojemu bratu moją torebkę i
fachowo naprawiłam to, co Sol zdążyła już zepsuć. Nałożyłam delikatnie ociupinkę maści dla czarownic.
- Teraz będzie się trzymać – powiedziałam ładując wszystko z powrotem do torebki.
- Beth? – usłyszałam za plecami znajomy głos. Zapięłam torebkę, odwróciłam się i stanęłam oko w oko z
blondasem.
- Co ty tu robisz? – zapytał niezwykle zdziwiony.
- Obecnie stoję jak widać na załączonym obrazku. Bardziej ciekawi mnie co ty tu robisz – powiedziałam
spokojnie.
- Mój przyjaciel za pięć minut się żeni – odpowiedział patrząc mi w oczy.
- A żeni się z moją znajomą – oświeciłam go w końcu.
- Beth, chodź już, musimy zająć ławkę – Dean jak zwykle czuwający pociągnął mnie za rękę.
- Zaraz do was przyjdę – powiedziałam patrząc bratu w oczy. Zawahał się przez chwilę a potem razem z Sol
weszli do kościoła. Przed bramę kościoła przyjechała właśnie młoda para. Stanęłam przy Nicolasie, przyglądając
się jak wychodzą.
- Elizabeth, jak dobrze że cię widzę ! – zawołała panna młoda, znana mi bardziej jak Brittany.
- Co się stało? – zapytałam widząc jej minę.
- Nasi świadkowie nie przyjechali i nie ma ich kto zastąpić – powiedziała a w jej oczach ukazały się łzy.
- Mogę iść po mojego brata i jego narzeczoną, na pewno nie będą mieć nic przeciwko… - zaczęłam
- Nie, nie ma po co ich denerwować. Beth, proszę zostań moim świadkiem – powiedziała błagalnie. Chciałam
zaprotestować, ale widząc jej pełne nadziei spojrzenie, skapitulowałam.
- No dobrze, niech to będzie mój prezent ślubny dla was – odpowiedziałam. Stanęłam obok światka pana
młodego czyli Nicolasa. Brit podała mi różę ze swojego bukietu a ja wprawnym ruchem wpięłam ją do
butonierki blondasa. Weszliśmy do kościoła gdy rozbrzmiały pierwsze takty marsza weselnego. Przez całą
ceremonię starałam się nie zrobić krzywdy blondasowi, choć on bardzo dopominał się o kopniaka. No ale jak by
to wyglądało. Świadek panny młodej bijący się ze świadkiem pana młodego. Potem młode małżeństwo
pocałowało się i wyszliśmy z kościoła. Zapakowaliśmy się wszyscy do wynajętych samochodów i pojechaliśmy
na przyjęcie weselne. Do około godziny dwudziestej, z powodzeniem udało mi się unikać Nicolasa. Zaglądałam
do kuchni sprawdzając czy wszystko w porządku, szukałam dzieci które bawiły się za daleko, albo
pomagałam przy kwiatach. Niestety, kiedy nadszedł czas pierwszego tańca, musiałam pojawić się na sali.
Usiadłam przy stole młodych na moim miejscu jako świadka i postanowiłam, że przesiedzę tu dopóki ktoś się
nie zorientuje że coś jest nie tak.
- Czy jestem aż tak okropny, że na mój widok uciekasz gdzie pieprz rośnie? – usłyszałam przy moim uchu głos
pełen wyrzutu.
- Nie wiem o co ci chodzi – powiedziałam upijając łyk wina z mojego kieliszka.
- A ja myślę że doskonale to wiesz, tylko nie chcesz się do tego przyznać sama przed sobą – odpowiedział
Nicolas siadając na pustym krześle obok mnie.
- Od kiedy to jesteś jasnowidzem, mój drogi? – zdobyłam się na żart.
- Od niedawna, a właściwie odkąd poznałem ciebie – odpowiedział zabierając mój kieliszek
- Ej oddaj – zaprotestowałam
- Jak ze mną zatańczysz – odpowiedział łapiąc mnie za rękę. Sekundę później byłam ciągnięta na parkiet. Nie
mogłam się nawet opierać, głupie szpilki. Wylądowałam w ramionach Nicolasa i… i po prostu poddałam mu się.
Przez cały czas patrzyliśmy sobie w oczy. Byliśmy idealnie dopasowani do siebie. Jak dwie połówki tego
samego owocu. Tak jakby ktoś stworzył tego mężczyznę specjalnie dla mnie, a może mnie dla niego? Któż by
się nad tym zastanawiał. Piosenka się skończyła, a my dalej patrzyliśmy sobie w oczy jak zahipnotyzowani.
Nicolas ujął moją dłoń i lekko pociągnął w stronę tarasu. Ostatnie promienie słońca oświetlały cały taras,
nadając mu uroku. Oparłam się o drewnianą barierkę i pozwoliłam aby blondyn zamknął mnie w objęciach.
- Beth, ja już tak nie mogę … - jęknął przykładając swoje czoło do mojego.
- Tak to znaczy jak? – zapytałam odzyskując zdrowy rozsądek.
- Nie potrafię zaprzeczać, że nic do ciebie nie czuję. Próbowałem, ale nie mogę. Odkąd cię poznałem,
wywróciłaś mój świat do góry nogami – powiedział patrząc mi w oczy.
- Nie powinieneś był tego mówić – powiedziałam cicho.
- Dlaczego? Nie mów, że ty nic do mnie nie czujesz, bo wiem, że to nie prawda – odparł zmuszając mnie bym na
niego spojrzała.
- To nie we mnie powinieneś był się zakochać. Cholera, to nie ja miałam być tą która… - zaczęłam ale Nicolas
przerwał mi pocałunkiem. Jego usta łapczywie przywarły do moich w namiętnym pocałunku. Tym razem jednak
byłam na to poniekąd przygotowana. Dlatego nie oddałam jego pocałunku, panując nad sobą w stu procentach.
Nie chciałam zrobić mu krzywdy. Moja reakcja chyba mu się nie spodobała, bo pogłębił pocałunek, zmuszając
mnie do jego oddania.
- Nie mów, że nic do mnie nie czujesz, bo tym pocałunkiem właśnie zaprzeczyłaś wszystkim twoim słowom –
powiedział znów patrząc mi w oczy. Przymknęłam na chwilę powieki i wzięłam głęboki wdech.
- Jeśli tak właśnie ma być… to zgoda – powiedziałam spokojnie, otwierając oczy.
- Ale muszę ci coś wyjaśnić. I nie zrobię tego tutaj, za dużo tu ciekawskich uszu – dodałam i pociągnęłam go za
rękę do altanki, znajdującej się w ogrodzie. Nicolas usiadł na ławce i posadził mnie na swoich kolanach. Nie
zaprotestowałam. Z resztą, co by to dało?
- A więc tak… Dobrze się zastanów czy na pewno chcesz ze mną być – zaczęłam.
- Kochanie, to jest już przesądzone – powiedział szybko.
- Ej, ja ci nie przerywałam – powiedziałam marszcząc czoło.
- Przepraszam kochanie, nic już nie mówię. – powiedział wtulając się w moją szyję.
- Tak lepiej. I nie mówię tego wszystkiego od tak. Związek z wiedźmą nie zawsze kończy się dobrze. Jeśli już
naprawdę się na to zdecydujesz, moja magia cię naznaczy. I to jest dość bolesne. Kiedy będziesz już nosił na
sobie mój znak… nie pytaj jak będzie wyglądał bo nie mam zielonego pojęcia. Moja matka nie chciała mi tego
powiedzieć. To piętno będzie jak sygnał ostrzegawczy i każda inna wiedźma będzie wiedziała, że należysz do
mnie. Jeśli zaczniesz pożądać innej kobiety, dowiem się o tym natychmiast. A ten znak może usunąć tylko
klątwa i bynajmniej tej nie będzie można cofnąć więc dobrze wszystko przemyśl. – powiedziałam patrząc na
niego ostrożnie.
- Czyli podsumowując to co powiedziałaś, próbujesz mnie zniechęcić bólem i piętnem które można będzie
zmazać tylko nieodwracalną klątwą? Wiesz, myślę, że mogę ponieść takie ryzyko aby być z tobą. – powiedział
poważnym tonem.
- To nie wszystko. Nie mam zamiaru wyprowadzać się z mojego domu, więc to ty będziesz musiał przenieść się
do mnie. Ponadto jeśli będziemy mieć dzieci, to istnieje ryzyko, że odziedziczą moje zdolności magiczne. I
możliwe, że z czasem nie będziemy w stanie nad nimi zapanować. – dodałam, sprawdzając czy wzmianka o
dzieciach co nieco go wystraszyła. Z tego co zauważyłam było jednak wręcz przeciwnie. Uśmiechnął się i
spojrzał w przestrzeń, najwyraźniej wyobrażając sobie siebie jako ojca.
- To wszystko? – zapytał po chwili otrząsając się ze swoich marzeń.
- Jak na razie myślę że tak – odpowiedziałam
- Wspaniale – mruknął i pocałował mnie. Tym razem oddałam pocałunek, tak jak tego oczekiwał. Nie
powstrzymywałam się, ucieszona tym, że nie zaprotestował w kwestii naznaczenia.
- Beth?! – za plecami usłyszałam zdumiony głos mojego brata.
- Aha, zapomniałam wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. – powiedziałam przerywając pocałunek
Nicolas spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
- Będziesz musiał przekonać do siebie mojego brata – mruknęłam schodząc z jego kolan.
- Powodzenia – dodałam i ruszyłam w stronę sali weselnej zostawiając dwóch panów samych. Nie martwiłam się
zupełnie. Znałam mojego brata doskonale i wiedziałam, że najpierw postraszy mojego lubego, potem pośle mu
serię ostrzeżeń a na koniec obieca, że będzie miał go na oku i już.
- Gdzie Dean? – zapytała Sol podchodząc do mnie
- Rozmawia z Nicolasem – odparłam uśmiechając się do zdjęcia. Chwilę później dołączył do nas Dean i blondas.
- Dzięki za rzucenie mnie na pożarcie twojemu bratu kochanie – mruknął obejmując mnie w pasie
- Przecież żyjesz – mruknęłam i zaczęłam się kołysać do melodii piosenki, którą właśnie zaczęli grać.
- Beth? – Dean wyciągnął rękę i po chwili tańczyliśmy na środku parkietu.
- Zanim zapytasz czy jestem trzeźwa i naprawdę nie oszalałam , odpowiedź brzmi tak. – powiedziałam widząc
jak mój brat otwiera usta.
- Chcę się tylko upewnić czy aby na pewno wiesz co robisz – powiedział przytulając mnie.
- Wiesz, nie byłam tego na sto procent pewna dopóki nie zapytałeś, ale teraz mogę śmiało odpowiedzieć, że tak -
powiedziałam patrząc w oczy bratu. Kiedy piosenka się skończyła, usiedliśmy przy stole a niecałą sekundę
później dołączyli do nas Sol i Nicolas. Moja przyszła szwagierka przytuliła się do mojego brata, a ja poczułam
ramiona, obejmujące mnie w pasie i czuły pocałunek na moim karku. Już bardziej szczęśliwa nie mogłam być.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
CzarnaLilia
Początkujacy
Początkujacy



Dołączył: 30 Sty 2012
Posty: 38
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kroczyce
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 22:19, 16 Lut 2016 Powrót do góry

Rozdział 7
Wiedźma na ratunek


Była równa czternasta , a ja stałam przy kuchence i gotowałam obiad dla mojego brata i Nicolasa, który miał przyjść zaraz po pracy. Nasz związek kwitł, a byliśmy już ze sobą od prawie dwóch miesięcy. Dean zdążył zaakceptować ten związek i teraz traktował Nicolasa jak brata, a nie jak intruza. Mimo woli uśmiechnęłam się na wspomnienie wszystkich tych kłótni wybuchających w salonie za każdym razem gdy przychodził.
Zamieszałam w garnku z zupą i zmniejszyłam płomień pod patelnią na której smażyły się steki. Oblizałam łyżkę i dodałam do zupy trochę pieprzu. Mmm… teraz jest w sam raz. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi wejściowych. Odłożyłam łyżkę i wyszłam z kuchni, sprawdzając kto wtargnął do mojego domu.
- Cześć kochanie – usłyszałam z przedpokoju i chwilę później Nicolas porwał mnie w swoje ramiona.
- Mogłeś mi napisać, że dzisiaj będziesz wcześniej – mruknęłam całując mojego mężczyznę na powitanie.
- Chciałem ci zrobić niespodziankę. Mmm co tak pięknie pachnie? – odpowiedział pociągając nosem.
- Obiad, jak chcesz to mogę dać ci już zupę, ale na resztę będziesz musiał poczekać – powiedziałam idąc z nim do kuchni.
- Poczekam jeszcze trochę, po tych twoich mistrzowskich kanapkach nie jestem jeszcze głodny – wymruczał przytulając się do moich pleców.
- Bardzo miło mi to słyszeć. Jutro też je dostaniesz. Jedzenie na mieście jest nie zdrowe, więc postanowiłam o ciebie zadbać – powiedziałam sprawdzając co z moimi stekami.
- Mmm… piękna, mądra, zadziorna i umie gotować. Gdzieś ty się chowała przez całe moje życie i dlaczego nie poznaliśmy się wcześniej? – wymruczał przy moim uchu blondas. Zaśmiałam się, słysząc jego słowa. Tą cudowną chwilę przerwała moja komórka. Wręczyłam łyżkę Nicolasowi i nakazałam pilnować obiadu, sama natomiast usiadłam na blacie i odebrałam połączenie.
- Bianka, no co tam? – powiedziałam do przyjaciółki na powitanie.
- Beth! – usłyszałam krzyk jakby z daleka a za chwile straszne trzeszczenie i mrożący krew w żyłach wrzask.
- Bianka?! Co się dzieje, gdzie ty jesteś?! – zawołałam do telefonu. Znowu wrzask a chwilę później mrożący krew w żyłach głos.
- Jeśli nie zjawisz się tu za chwilę, twoja przyjaciółeczka umrze a potem odnajdę ciebie i zrobię z tobą to samo co z nią – powiedział głos.
- Kim jesteś i czego ode mnie chcesz?- mój głos był lodowaty
- Przyjdź i sama się dowiedz… Beth nieeee…. – na koniec znów usłyszałam przyjaciółkę i połączenie się urwało.
- Cholera – zaklęłam myśląc gorączkowo co mogło się stać. Zeskoczyłam z blatu i pobiegłam do mojego gabinetu. Zdjęłam zaklęcie z wielkiej szafy i wyjęłam z niej stos kołków oraz paręnaście fiolek z różnymi eliksirami. Rzuciłam na siebie zaklęcie i przebrałam się szybko chowając kołki w moich długich kozakach, przy pasie z niewyczerpanym zapasem energii. Wyjęłam również sztylet do odprawiania rytuałów i fiolkę wody święconej. Uzbrojona po zęby zbiegłam na dół gdzie czekał zaniepokojony Nicolas.
- Jeśli nie wrócę do powrotu Deana, zadzwoń pod ten numer. Powiedz że Bianka jest w niebezpieczeństwie i mają przysłać wszystkich, którzy dadzą radę zjawić się w ciągu minuty na miejscu. Postaram się wrócić jak tylko sprawdzę co się tam dzieje – powiedziałam i pocałowałam go na pożegnanie. Chwilę później już mnie nie było. Przeniosłam się zaklęciem pod dom Bianki i otworzyłam drzwi mocnym powiewem wiatru. Kiedy weszłam do środka, zastała mnie cisza. Wszystko wyglądało tak jak powinno, nie było żadnego bałaganu. Tak jakby nic się tu nie stało. Wysłałam impuls poszukiwawczy, ale nic nie znalazł. Ani śladu obecności obcych. Przez moją głowę przeszła jedna myśl „ Spóźniłam się”, ale w tym właśnie momencie kątem oka dostrzegłam jakiś ruch i szybko upadłam na podłogę. W moją stronę znów mknęło zaklęcie. Zablokowałam je jednym ruchem i zaczęłam rozglądać się za napastnikiem. Nikogo nie zauważyłam. Nagle mnie oświeciło. Zaklęcia pułapki. Jedna z najczęstszych broni czarodziejów dezerterów, ewentualnie samouków. Posłałam wokoło falę magii która dezaktywowała wszystkie zaklęcia. Zbadałam parter ale nie znalazłam nic. Zeszłam do piwnicy i tam również było czysto. Przeszłam się po pierwszym piętrze i nie znalazłam ani śladu. Zaczęłam wchodzić na strych, gdy doszły mnie szmery. Bezszelestnie podeszłam do drzwi i otworzyłam je z hukiem. W środku znalazłam Biankę przywiązaną do krzesła i wyraźnie poranioną. Podeszłam do niej i rozwiązałam ją. Dziewczyna mocno się do mnie przytuliła, płacząc.
- Kto ci to zrobił? – zapytałam głaszcząc jej włosy. Ona łkając podniosła dłoń i pokazała na coś palcem. Odwróciłam się i zamarłam. W kącie stała postać w czarnym płaszczu.
- Kim jesteś i czego chcesz? – zapytałam zasłaniając sobą Biankę.
- Zabawne. ta po którą tu przyszedłem, zjawiła się sama – zakapturzona postać zachichotała.
Wymruczałam zaklęcie i czarna szata zniknęła. Mężczyzna o zielonych, kocich oczach spojrzał na mnie zdumiony.
- Dezerter czy samouk? – zapytałam krzyżując ręce na piersi.
- Nie poznajesz mnie Beth, naprawdę wyparłaś z umysłu wszystkie wspomnienia związane ze mną – powiedział robiąc krok w moją stronę.
- Jeśli już, to oberwałam zaklęciem, ale to musiały być nieważne do zapamiętania rzeczy, bo wszystko inne pamiętam doskonale. – odpowiedziałam mrużąc oczy, w razie gdyby próbował zaatakować.
- Może moje imię coś ci podpowie. Christian – powiedział spokojnie
- Nie, to niemożliwe. On nie żyje i to już od przeszło trzech lat – powiedziałam kręcąc głową.
- Tak ci powiedzieli? – zapytał z niedowierzaniem. Hmm… nie mogłam sobie przypomnieć kim był. Skoro twierdził że się znamy. Wyglądał dziwnie. Miał błękitną koszulę, przylegające do ciała brązowe spodnie i skurzane buty do łydek w które wciśnięte były nogawki spodni.
- Mogę zadać niedyskretne pytanie? – nie wytrzymałam
- Pytaj – powiedział uśmiechając się.
- Z której epoki tyś się urwał? – zapytałam przekrzywiając głowę.
- Cóż… - mruknął i rozwinął swoje śnieżnobiałe skrzydła. Nie bujam, koleś na serio miał skrzydła!
- No… to już co nieco wyjaśnia. Zostaje tylko kwestia po co tu przyszedłeś i dlaczego napadłeś tą biedną
kobietę. – powiedziałam próbując wszcząć alarm w domu najbliższej czarownicy lub czarownika.
Kiedy tylko się zjawią, ten gość będzie miał przerąbane.
- Przecież już mówiłem, przyszedłem po ciebie, a ona… gdyby ze mną współpracowała a nie rzucała zaklęciami,
to nic by jej się nie stało. – oparł podchodząc do mnie na niebezpiecznie bliską odległość.
- Dobrze ci radzę, wróć pod ścianę albo poczujesz jak wściekła mogę się stać gdy ktoś narusza moją przestań
osobistą – warknęłam wyjmując sztylet.
- Nic mi nie zrobisz – zaśmiał się mężczyzna.
- Mogę wysłać cię do nieba najprostszą drogą. Nie jestem pewna czy cię tam wpuszczą, ale do głównej bramy na
pewno dolecisz – warknęłam przygotowując się do rzucenia zaklęcia.
- Może spróbujmy inaczej. Sprawdź moją przyszłość kochanie – powiedział wyciągając do mnie swoją dłoń.
- To jakiś żart? Ty nie masz żadnej przyszłości. Ludzie względnie martwi nie posiadając czegoś takiego jak
przyszłość. – powiedziałam odsuwając się jak najdalej od niego.
- Nie prawda Beth, nie jestem martwy. Tak ci powiedzieli trzy lata temu ale to nie prawda. Owszem zostałem
zaatakowany i mój stan nie był najlepszy, ale zostałem przemieniony. Nie jestem już człowiekiem.
Jestem czymś lepszym. – powiedział znów próbując się do mnie zbliżyć.
- Jesteś potworem. Christian którego znałam nie potrafiłby nikogo skrzywdzić. – warknęłam kłując go czubkiem
sztyletu w pierś. Nagle oboje odwróciliśmy się w stronę okna zza którego dobiegło nas trzaśnięcie drzwiami. A
chwilę potem…
- Bianka! Elizabeth! – krzyk mojego brata rozniósł się po całym domu. Christian nie cofnął się, nawet wtedy gdy
mój brat wbiegł na górę i znalazł nas.
- Odejdź skąd przyszedłeś i nie wracaj tu nigdy więcej. Twoje miejsce jest w grobowcu, tam gdzie zostałeś
pogrzebany razem ze wspomnieniami związanymi z tobą – powiedziałam chłodno i wtuliłam się w ramię brata,
który właśnie tulił do siebie Biankę. W kocich oczach Christiana dostrzegłam ból, ale zrobił to o co poprosiłam,
czyli po prostu zniknął.
- Beth – usłyszałam głos Nicolasa pełen ulgi. W dwóch krokach pokonałam dzielącą nas odległość i mocno
wtuliłam się w jego ramiona. Pozwalając aby długo powstrzymywane łzy wreszcie mogły spokojnie popłynąć.
- Kocham Cię – wyszeptał mi do ucha, całując przy tym moją skroń a potem czoło. Przytuliłam się do niego
jeszcze mocniej i otarłam łzy.
- Wracajmy do domu – powiedziałam już opanowana. Mimo moich protestów, Nicolas wziął mnie na ręce i
zaniósł do samochodu. Piętnaście minut później siedziałam już w mojej sypialni, przebrana i odświeżona.
- Twoja herbata kochanie – mój mężczyzna postawił na stoliku nocnym filiżankę z herbatą i położył się obok
mnie, obejmując mnie delikatnie. Wtuliłam się w jego objęcia z ufnością i chwilę potem zasnęłam.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
Strona 1 z 1
Nowy Temat   Odpowiedz

 
Skocz do:  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
phpBB © 2001, 2002 phpBB Group
Play Graphic Theme

Regulamin